Księżniczce udaje się oczarować prezydenta i przekonać go do pomocy w ratowaniu swojego kraju. Później Małgorzata zwraca się do siostry z prośbą o częstsze dzielenie się obowiązkami, ale Filip doradza żonie, by nie powierzała więcej obowiązków jego szwagierce. 23: 3: Aberfan: Aberfan: Benjamin Caron: Peter Morgan: 17 Stanowi wyjątek od reguły, która mówi, iż zaprzeczające nie zawsze piszemy oddzielnie od zaimków, przed którymi się znajduje. W tym przypadku jednak nie oraz którzy utworzyły zrost językowy w trakcie rozwoju polszczyzny, dlatego powinny być pisane łącznie. Niektórzy odnosi się do wybranej grupy ludzi, która została wydzielona Nie małe czy niemałe - sprawdź poprawną pisownię w naszym serwisie. Dowiedz się która wersja jest właściwa, nie małe czy niemałe? 0D9G3. „Amadeusz” Petera Shaffera w reż. Anny Wieczur w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Rafał Węgrzyniak w portalu fot. Krzysztof Bieliński/ mat. teatru Śledząc bodaj bezprecedensową kampanię zapowiadającą premierę Amadeusza w Teatrze Dramatycznym mimowolnie cofałem się w czasie o ponad czterdzieści lat. Przypomniałem sobie narastające oczekiwanie w warszawskiej PWST na pierwsze wystawienie po polsku dramatu Shaffera w Teatrze na Woli w czerwcu 1981 w reżyserii ściganego przez aparat sprawiedliwości USA za zgwałcenie nieletniej dziewczyny Romana Polańskiego i z nim w roli Mozarta. Grający Salieriego Tadeusz Łomnicki kończył właśnie swą ostatnią kadencję rektora PWST i jako działacz PZPR pozbawiony przez robotników z „Solidarności” stanowiska dyrektora Teatru na Woli, zadbał o odejście w wielkim stylu. Grozą napawały krążące po korytarzach szkoły opowieści asystentów z wydziału reżyserii o tym, co musi znosić Łomnicki ze strony Polańskiego, który postanowił go wytrącić z aktorskiej rutyny i tym samym zmusił do zagrania jednej z największych ról w życiu. Polański, wspierając się na kuli po tym, jak w trakcie próby się przewrócił i potłukł na schodkach prowadzących na scenę w Teatrze na Woli, odwiedził warszawską szkołę, aby obejrzeć warsztatowy spektakl przygotowany przez Łomnickiego ze studentami, oparty na motywach Dziadów Mickiewicza. Było to 5 czerwca, gdy został opublikowany list komunistów sowieckich do polskich w sprawie sytuacji w PRL po sierpniowej rewolucji. Widziałem kątem oka, jak obecna także w salce Krystyna Zachwatowicz nachyliła się w stronę Polańskiego, aby mu zwrócić szeptem uwagę na analogię, gdy zabrzmiał wiersz o piśmie rosyjskiego cara do Nowosilcowa w Śnie Senatora. Zareagował na to natychmiast Łomnicki jako niedawny członek Komitetu Centralnego PZPR, będący adresatem listu. Po pokazie Polański publicznie oddał hołd Łomnickiemu jako nauczycielowi aktorstwa i człowiekowi teatru. Premiera Amadeusza 22 czerwca 1981 była tryumfem zarówno Polańskiego, który przeniósł natychmiast swą inscenizację do Paryża, gdzie również występował, rzecz jasna, wygłaszając swe kwestie po francusku, jak i Łomnickiego, dogrywającego serię przedstawień w nowym sezonie z drugorzędnym aktorem po łódzkiej filmówce w roli Mozarta, nieco tylko podobnym do reżysera Chinatown. Tadeusz Słobodzianek, który został dyrektorem kilku scen warszawskich po premierze w 2010 Naszej klasy Na Woli, zapewne miał w pamięci ową zdumiewającą woltę, jaka się w tym teatrze dokonała, wybierając Amadeusza na zakończenie swojej drugiej kadencji w Dramatycznym. Wydawać by się mogło, że sztuka Shaffera, ukazująca karierę Mozarta w Wiedniu i jej załamanie z perspektywy włoskiego kompozytora Salieriego, po wielu innych realizacjach w Polsce, a nigdy zbyt wysoko nieceniona („kicz straszliwy” orzekła Marta Fik), zwłaszcza zaś po obsypanej nagrodami ekranizacji hollywoodzkiej Miloša Formana, nakręconej w 1984 w scenerii czeskiej Pragi, z sekwencjami operowymi granymi w dekoracjach Josefa Svobody, już nie jest w stanie wzbudzić ekscytacji publiczności. Okazało się jednak, że przedstawienie w Dramatycznym wprawiło nie tylko premierową widownię w stan bliski zbiorowej ekstazy, chociaż pojawiły się natychmiast opinie negatywne dowodzące, iż jest ono całkowicie ulega wątpliwości, że niebywale rozbudowana i niemal iluzjonistyczna inscenizacja Anny Wieczur, z udziałem wielkiej orkiestry, chóru i grupy śpiewaków ukrytych za tiulowym ekranem służącym do projekcji wnętrz pałacowych lub teatralnych oraz nieruchomych obrazów, jest bardziej sugestywna i precyzyjna niż Polańskiego, stworzona w warunkach PRL na dodatek w stanie ekonomicznego kryzysu. Poza tym dostosowana była do szczególnej przestrzeni Teatru na Woli, ze sceną wchodzącą w głąb widowni. W inscenizacji Wieczur, mimo iż scenograf odtworzył w Dramatycznym okno sceniczne osiemnastowiecznego teatru dworskiego, z lożami prosceniowymi i rampą ze świecami, paradoksalnie w zasadzie nie ma rekonstrukcji sekwencji z oper Mozarta. Tylko w kątach sceny, za orkiestrą, śpiewają soliści i chór, a na ekranie, jak w przypadku Don Giovanniego, wyświetlana jest maska Komandora przypominająca trupią jest wykonywany z przodu sceny, a potraktowany ironicznie, taniec masonów z płonącymi świecami przy wtórze niemieckiej pieśni poprzedzający premierę Czarodziejskiego fletu. Na ogół na proscenium zasiada cesarz w otoczeniu dworu, zasłuchany w muzykę Mozarta. Zapalane są wtedy światła na widowni, aby publiczność mogła zobaczyć niejako swe lustrzane odbicie na scenie. Pojawia się więc w spektaklu motyw teatru w Wieczur konsekwentnie wydobyła w Amadeuszu mechanizmy niszczenia wybitnej osoby przez otoczenie z powodu zawiści. Trawi ona przede wszystkim Salierego, mającego przynajmniej świadomość klasy muzyki Mozarta, ale cały dwór cesarski i środowisko muzyczne Wiednia uporczywie dąży do jego zniszczenia. I w końcu osiąga swój cel. Głównym atutem spektaklu z 1981 było aktorstwo obu protagonistów, z osobistym podtekstem. Odtwórcy głównych postaci w Dramatycznym, Adam Ferency jako Salieri i Marcin Hycnar w roli Mozarta, wytrzymują porównanie z grą Łomnickiego i Polańskiego. Ferency, który zresztą występował w spektaklu Polańskiego jako jeden z Dworzan i Obywateli Wiednia, udowadnia, że jest najwybitniejszym i najbardziej wiernym uczniem Łomnickiego oraz dysponuje warsztatem równie solidnym jak on, chociaż pozbawionym elementów wirtuozerii. Przy tym Ferency, cały ubrany na czarno i z demonicznymi rysami, zimny i opanowany, prezentuje własną interpretację Salierego jako postaci zdecydowanie negatywnej, bez próby jego obrony czy usprawiedliwienia, podejmowanej przez Łomnickiego. Hycnar zagrał popisowo swą największą rolę od 2009, gdy przeistoczył się w Artura z Tanga Mrożka w inscenizacji Jerzego Jarockiego w Narodowym. I miejmy nadzieję, że definitywnie pożegnał z myślą o rezygnacji z aktorstwa na rzecz skupienia się na reżyserii, bądź zajmowania stanowisk dyrektorów prowincjonalnych teatrów. Hycnar bez trudu przechodzi od komicznych zachowań z akompaniamentem śmiechu w pierwszej części, do tragicznej tonacji obrazów degradacji, choroby i agonii w epilogu spektaklu. Jest w tym wiarygodny, bo nie obdarza Mozarta infantylną osobowością czy zaburzeniami seksualnymi, jak Polański i inni wcześniejsi odtwórcy. Jego Mozart uwielbia żarty i prowokacje, skoro pokazuje całemu dworowi wypięty goły tyłek, jak Joanna Szczepkowska Krystianowi Lupie na premierze Ciała Simone w 2010 na tej samej scenie. Ale zarazem doskonale wie, jaki program zamierza realizować w dziedzinie muzyki czy teatru operowego i gotów jest go stanowczo bronić. fot. Krzysztof Bieliński/ mat. teatru W przedstawieniu Polańskiego drugi plan był raczej słaby, bo Teatr na Woli nie miał nazbyt mocnego zespołu aktorskiego. Inaczej jest w Dramatycznym, gdzie Konstancja Weber Barbary Garstki i cesarz Józef II Modesta Rucińskiego oraz oba groteskowe wcielenia Venticellich, czyli wiaterków roznoszących plotki po mieście, Łukasza Lewandowskiego i Sławomira Grzymkowskiego, to role Garstka, obdarzona drobną sylwetką i wysokim głosem, jest zabawna w początkowych sekwencjach, a poruszająca w końcówce dramatu, szczególnie w trakcie niespodziewanego porodu syna na podłodze czy próbie powstrzymania nagłego zgonu Mozarta na stole. Nie ulega wątpliwości, że kocha swego narzeczonego, a potem męża, mimo iż wyprowadza ją niekiedy z równowagi jego emocjonalna niedojrzałość czy uzależnienie od ojca oraz lekceważenie kwestii finansowych i zagubienie na dworze. Garstka wiarygodnie ukazuje wszystkie odcienie kobiecości, bo jest na przemian delikatna i wulgarna, bezbronna i agresywna, ograniczona i szambelan Johann von Strack Karola Wróblewskiego, dyrektor opery Orsini-Rosenberg Macieja Wyczańskiego i mason-bibliotekarz van Svieten Zbigniewa Dziducha to postacie niebywale wyraziste i przekonywujące także dzięki sugestywnym kostiumom i charakteryzacjom nawiązującym do tradycji commedia dell’arte. Godne podziwu w spektaklu są również precyzyjnie ustawione przez reżyserkę i choreografkę, z wystylizowanymi ruchami i gestami, sceny zbiorowe z udziałem aktorów i chórzystów. Dyskusja o cnotach niemieckich w libretcie Uprowadzenia z Seraju wywołała wręcz aplauz widowni, rozpoznającej sytuację znaną jej z obecnych debat z udziałem katolickich konserwatystów bez powodzenia usiłujących zmusić twórców sztuki do propagowania ich idei i się bowiem przy okazji Amadeusza obalić kilka komunałów ponowoczesnego teatru, że jakoby nie można grać dramatów zgodnie z ich duchem i literą, lecz trzeba je dekonstruować w myśl dominujących ideologiami, albo iż spektakl toczący się w realiach historycznych musi być pozbawiany dawnych strojów, peruk, makijaży i obyczajów, natomiast konsekwentnie uwspółcześniany, bo inaczej nie wzbudzi zainteresowania widzów. Już w zaprezentowanej w styczniu na małej scenie Dramatycznego Sztuce intonacji Słobodzianka podważone zostały rozpowszechnione przekonania, że niemożliwe jest napisanie i wystawienie tradycyjnego dramatu opartego na dyskursie lub uprawianie aktorstwa prowadzącego do transformacji. Nie przypadkowo Amadeusza przygotował w zasadzie ten sam zespół, który pod okiem Wieczur i niewątpliwie w jakimś stopniu także Słobodzianka stworzył wcześniej Sztukę intonacji. Dołączył do niego tylko Hycnar, który już zdołał zagrać Konrada Swinarskiego w internetowych realizacjach kolejnych sztuk Słobodzianka z cyklu Kwartety otwockie: Krzewu gorejącego i w nawiązaniu do stawianego w sztuce Shaffera przez Mozarta pytania dla kogo pisze swój ostatni utwór, nie ma co ukrywać, iż Amadeusz to jednocześnie Requiem dla Teatru Dramatycznego w obecnym programowo tradycyjnym kształcie. Słobodziankowi, jako jego dyrektorowi, długo nie udawało się przekonać warszawskiej publiczności do swoich idei ani ich urzeczywistnić serią wybitnych spektakli. W drugiej kadencji zaczęły w Dramatycznym powstawać przedstawienia zręcznie wyreżyserowane i grane albo bezproblemowe, przyciągające jednak widzów zmęczonych szerzącym się na innych scenach lewicowym teatrem politycznym w konwencji postdramatycznej. Bardziej zachowawczym pod względem estetycznym i obyczajowym widzom, z kręgu elektoratu Platformy Obywatelskiej, Słobodzianek proponował progresywne idee w formie tradycyjnego dramatu i spektaklu. Jednak w rezultacie wątpliwego, bo niezgodnego z przyjętym regulaminem, konkursu przeprowadzonego przez władze Warszawy, z początkiem nowego sezonu Dramatyczny przechodzi w ręce radykalnych feministek pod dyrekcją Moniki Strzępki. Zamiast przedstawień teatralnych zamierzają one w nim realizować postdramatyczne eksperymenty, performanse, warsztaty, akcje społeczne i protesty polityczne. Jeśli ów program będzie urzeczywistniony, zostanie z premedytacją zniszczony jeden z najlepszych teatrów w Polsce, należący ponadto do nielicznych odwołujących się jeszcze do tradycji. Stanie się to wyjątkowo bez udziału Prawa i Sprawiedliwości, lecz wspólnymi siłami sprawującej władzę w Warszawie Platformy Obywatelskiej i Nowej Lewicy nadającej w Ratuszu ton polityce wobec instytucji kultury. W przypadku Amadeusza radości z powstania olśniewającego spektaklu w dawnym stylu, potwierdzającego żywotność polskiego teatru i jego dziedzictwa, towarzyszy więc rozgoryczenie, a nawet przygnębienie. Sanria 16 czerwca 2021, 06:55 Cześć. Chciałam wejść w relacje która nie byłaby poważna, bardziej opierała się na romansie. Tylko że ja za nic nie umiem się dogadać z facetem. Niby oboje chcemy, ale jesteśmy tak różni i nie wiem czy on robi pod górkę czy ja. Uważa on, że ja. A ja że on bo kiedy przestawiam swoje zdanie to od razu gadka że go atakuje. Kiedy ja tylko przedstawiam swoje zdanie i chce dojść do jakiegoś porozumienia to on jakby to ucina i zaczyna pisać że go atakuje, męczę. Sytuacja zaczęła się komplikować kiedy on zaczął mnie robić delikatnie w bambuko. Po spotkaniu w tamta sobote ( nie ta co teraz była) odezwał się do mnie i zaczął mi pisać jak bardzo chciałby mnie zobaczyć i już się stęsknił oraz że jeszcze bardziej się na mnie nakręcił. Ja ze okej i ustalamy ze się spotkamy albo w sobotę albo w niedziele. Obgadujemy co będziemy robić. Na następny dzień mi pisze ze jednak w sobote nie może bo jedzie do kolegi na urodziny. Ja zdenerwowałam się bo po co się umawiał ze mną i poczułam się wystawiona. A on ze zapomniał o tych urodzinach jego i mu napisał ze jednak odbywają się w sobote i nie chce wystawiać kolegi. Ja dalej czułam się wystawiona bo mógł się już ze mną spotkać skoro byłam pierwsza z jaka się umówił a z kolega kiedyindziej. Potem były problemy aby się ze mną umówił na kolejny termin chciałam abyśmy zaplanowali a on ze on taki nie jest i nie będzie się zmienił pode mnie. Ze on lubi na spontanie i nie chce planować. A mi chodziło o wiecie o umówienie się i takie okej to za choćby nawet 2 tygodnie się widzimy i rezerwuje dzień na bank dla mnie. A reszte weekendów ma dla siebie czy znajomych. Myślałam że to normalne że tak się każdy umawia. A on że nie będzie planować bo nie da się tak i on na spontana chce i jak cos to mi napisze dzień wcześniej ze może się spotkać. A ja mu napisałam ze zależy mi na umówieniu się bo nie wiem co będę robić to znowu gadka ze on tak nie umie. No robił facet niezły cyrk. Dobra ustaliliśmy ze najlepsze będzie podejście aby nie obcieywac tylko jak serio będzie mógł to mi napisze. No i normalna rozmowa przez kilka dni, jest niedziela i ona znowu gadała jak by to nie chciał mnie zobaczyć ze tęsknie to ja znowu te zależy od niego jak chce przyjechac to przyjeżdża to się spotkam. No i zaczął ze on nie wie ale jutro da mi znać i jakie fanatazje co nie będziemy robić ja się nastawiłam ze na 90% się spotkamy skoro nawet pisze co będziemy jutro robic. A on na następny dzień ze jedzie na wieś i nie możemy się spotkać jednak to ja się wkurzyłam i napisałam ze to porobane co robi bo mnie nakręca niepotrzebnie skoro wie ze nie mógł to wolałam aby nie pisał co będziemy robić. No ale on zaczął ze mam nie drążyć ze mam pretensje a on się tak stara. Ogólnie pisze swoje zdanie ze mni się przykro robi jak tak nakręca a potem ze jednak nie a ona w ogóle nie bierze tego pod uwagę i uważa ze robię pretensje i wymyślam. A ja się tylko godzę na spotkanie a on ze nie ma czasu jednak to kto wymyśla? jeszcze zwala na mnie ze gdyby nie moje pretensje to byśmy się spotkaniu dwa trzy razy ale ja wole narzekać. Ciagle zwala na mnie i nie widzi tego ze to ona komplikuje zamiast się umówić i na 100% przyjechac. Niepotrzebne te nakręcanie i tak mu pisałam ze pisze a potem nie robi to na mnie wjazd ze pretensje mam on by chciał abym ja chyba akceptowała wszystko i nie miała swoje zdania. Ze jak nie może jednak a pisał jakby mógł to zrozumieć a nie pisać swoje zdanie ze najlepiej aby nie nakręcał skoro nie wie czy będzie mógł Dołączył: 2012-07-13 Miasto: Behondu Liczba postów: 3969 16 czerwca 2021, 14:01 Traktuje cie tak bo sama chcesz żeby tak cie traktował. Piszesz ze chciałaś romansu i nic poważnego, to jak on ma się zachowywac? Dla mnie to jak otwarty związek, bez zobowiązań. On nic nie musi, a jedynie może. Teraz strzelasz mu fochy, chyba mogłaś się domyśleć że nie będzie cie traktował poważnie. Sanria 16 czerwca 2021, 14:03 Drops tak rozumiem ale nie sądziłam ze będą takie problemy tylko ze będzie pisał nie mam czasu a nie mi mącił w głowie. Oto chodzi Asha. 16 czerwca 2021, 14:17 Ale jak mąci? Uprzedził, że sobota odpada, to luźna znajomość więc chce się spotkać kiedy będzie miał ochotę na seks a nie wielkie umawianie jak randka. Może facet wyczuł, że Tobie zależy na czymś więcej i się już wymiksowuje z tego Sanria 16 czerwca 2021, 14:24 On się nie wymiksowuje tylko do mnie pisał normalnie. W sobotę tez ze możliwe się zobaczymy w niedziele. To on do mnie pisze Ale fakt to miało być luźne ale nie ze mi robi problemy jakby pisał i się spotaklibysmy to nie ma rpboelmu albo jakby mi od razu pisał nie mam czasu i nie zawracał dupy. chodzi o to ze on mąci. A ja chce szczerości nie ma czasu i chęci to nie proponuje a jeśli ma chęci prooonuje i się spotykamy. Czy to tak dużo? XD Dołączył: 2014-06-25 Miasto: Warszawa Liczba postów: 26245 16 czerwca 2021, 14:26 a to moja znajoma tez miała takiego kolegę, co to miało byc miło a nie było wcale. Jak nie brzuszek bolał, to mama cos chciała, nawet juz mieli gdzies razem wyjechać to tez w ostatniej chwili cos mu wypadło. Sa jak widać tacy, co dla nich paplanina o czymś to juz 90% działania. Szkoda czasu. Tu nawet na vitce był temat, jak reagujemy na ludzi, którzy sie umawiaja i odwołują wiecznie. To ci sami, co pierwsi się rwą jak bardzo chcą ale niestety nie mogą. Tolerancja na takie osoby jest różna, moim zdaniem szkoda nawet tych dwóch minut na sms, zeby rozpoczynac z nimi temat, z którego i tak nic nie wyniknie. Edytowany przez Cyrica 16 czerwca 2021, 14:27 Dołączył: 2014-04-23 Miasto: Kraków Liczba postów: 20724 16 czerwca 2021, 14:28 Ale nad czym się tutaj zastanawiać? Wiele osób ma takie podejście, nawet nie tyle jeżeli chodzi o jakieś randki, a po prostu spotkania ze znajomymi. Mają naprawdę bliskie im osoby, dla których znajdą czas i są gotowe zmienić swoje plany, czy się dostosować. I w obwodzie ludzi "zapchajdziury" - gdzie mogą się spotkać jak nie mają innych planów, tylko wtedy kiedy im pasuje i na takich zasadach jak im pasuje. Sanria 16 czerwca 2021, 14:40 Nie chce być zapchajdziura xD po co on w ogóle do mnie pisze xD. Jak ma tak mącić to lepiej jakby nie pisał wcale Asha. 16 czerwca 2021, 14:44 To szukaj związku a nie luźnego spotykania skoro nie chcesz być zapchajdziurą. I po co Ty wogole jeszcze z nim piszesz Sanria 16 czerwca 2021, 14:46 Tak zobaczyć jak to się potoczy ale mam dystans duuuzy. Nie chce palić mostu. Asha. 16 czerwca 2021, 14:49 Nie masz dystansu to widać po Twoich postach Korespondencja z Eugene Wydawało się, że o kolejny flirt z historią będzie trudno. Zeskok organizatorzy ustawili przy przeciwległej prostej, czyli tam, gdzie - według biegaczek - mocno wiało. Duplantis się tym jednak nie przejął. Wyszedł w górę lekko, nad poprzeczką przepłynął niczym światowej klasy gimnastyk. Zginając się miał wciąż osiem centymetrów zapasu, tyle dzieliło go od poprzeczki - to margines kolejnych epokowych wyników, którym dysponuje już dziś, a przecież ciągle się rozwija. Aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz został mistrzem świata wszechwag. Przyjechał do Eugene jako złoty medalista igrzysk olimpijskich i mistrzostw Europy, ale trzy lata temu na mistrzostwach świata był jeszcze drugi. Złoto wywalczył wówczas Sam Kendricks, którego teraz zatrzymał koronawirus. Duplantis nie został jednak w Eugene idolem Ameryki, bo choć wychował się w Luizjanie, to jako ojczyznę wybrał kraj matki, czyli Szwecję. Kiedy zadzwonił telefon, był rok 2015, a przyszły rekordzista świata dopiero za kilka miesięcy miał wziąć udział w pierwszej międzynarodowej imprezie. Nie był to żaden amerykański specjalista od skoku o tyczce. Odezwali się Szwedzi. Dzień później zadzwonili znowu i już nie przestawali. Czytaj więcej Armand Duplantis pobił rekord świata Armand Duplantis poleciał pod niebo i pobił rekord świata w skoku o tyczce. Szwed podczas zawodów w Belgradzie pokonał poprzeczkę zawieszoną na wysokości m. - Przekonywali mnie i rodziców. Powtarzali: powinieneś startować dla Szwecji! Jesteśmy świetnie zorganizowani. To brzmiało jak całkiem niezła oferta - opowiadał w rozmowie z „New York Timesem”. Potraktowali go wyjątkowo, dziś jest ukochanym dzieckiem Szwecji. Wygrywa w rankingach popularności z piłkarzem Zlatanem Ibrahimoviciem i biegaczką narciarską Charlotte Kallą. Błyskawicznie zerwał łatkę potomka dwóch narodów. Doszlifował język, jeździ Volvo i Polestarem, kupił w Szwecji mieszkanie i umawia się z modelką Desire Inglander, a w Tokio specjalnie ściągną maseczkę, żeby rodacy widzieli, jak śpiewa hymn. 8 cm Tyle dzieliło Armanda Duplantisa od poprzeczki, w momencie gdy bił rekord świata Skacze tak, jakby urodził się z tyczką w dłoni, choć według mamy (byłej wieloboistki) jako dziecko chętnie grał też w piłkę i baseball. Fachu uczył się na podwórku. Ojciec Greg - były tyczkarz z rekordem życiowym 5,80 m - zorganizował mu prowizoryczny zeskok za domem. Długo skakał boso. Mistrz świata Sam Kendricks mówi, że „ma podręcznik od historii w głowie". Kilka godzin przed zawodami w Toruniu, gdzie w 2020 roku pierwszy raz pobił rekord świata, Szwed jako inspirację wrzucił na Instagrama zdjęcie Władysława Kozakiewicza z igrzysk w Moskwie. Swoje zdjęcie po tych zawodach opatrzył hasłem: „Born To Fly" - „Urodzony, by latać". Kiedy zapytaliśmy dwa lata temu, jaka jest granica ludzkich możliwości w skoku o tyczce, odpowiedział: - Chciałbym skakać tak wysoko, żeby ludzie zaczęli się nad tym zastanawiać. Wielu oczekuje, że zostanie na dworze królowej sportu gwiazdą porównywalną do Usaina Bolta. - Nie winię ich za to. Będę starał się to wszystko unieść, na miarę moich możliwości - podkreśla. Show, jaki dał na Hayward Field, był na tej ścieżce kolejnym ważnym krokiem.